W teatrze szerokim jak nieskończoność
W budynku mrocznym
W budowli czarnej
W fortecy białej
Zająłem miejsce
Przy pustej scenie
Wśród widzów
Których nie ma
Przesiaduje samotnie
Odseparowany od głębi
Ludzkich złości
Gniewu, zemsty i zazdrości
Rozlega się huk
Jak z nieba gromu
Czas umierać?
Nie... to tylko sen
Przymarzył mi się korytarz blady
Pełen bladych
Trupich kreatur
Idących wzdłuż mnie
Każde to
Powtarza wciąż
„Chodź z nami chodź
Tu prawdę masz”
Nie słucham
Sunę frontem
Korytarz nie skończy się
Co dalej?
Wchodzę do teatru
Cóżem pierwej wspomniał
Tam siedzi
Ja
Spoglądam sobie w oczy
Oczy nie widzą
Jak trupa serce
Zimne
Na scenie mroczny chór
Który powtarza
Słowa znamienne
Jak modlitwy
„I choćbyś
Murem się zatoczył
Tam samotność Cię wykończy
Nie spełna się separować
Lepiej życiem radować
Nie szantażuj tych co kochasz
Niszcz tych co trują
Odejdź i potomkom przekaż
Coś słyszał
Niech pełnią kazania słowa!”
Powstawszy do żywych
W teatrze wielkim
Opuszczonym
Jak boja na oceanu otchłani
Udałem się
Do ludzi
By żyć
I zgnić...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz