Dryfuje przez bezkresu morza fale
widzę prześliczne jeszcze dno i korale
Lecz piękne tło zasłania mi już
kamienna mgła.
Wpływam głębiej, pod podmuchami
duszącego zła, znajduje podwodne miasto.
Betonowa moc,
staje naprzeciw mej wrażliwości duszy
Rozdyma sztuczny tłok i wszystko suszy.
Lecz szare zamczysko nie puste zastaję
bo larwy, jak tasiemca w ciele,
tak tu kłębią się wściekle.
Przechadzam się, szukam, biegnę, wołam,
za człowieka odznakiem
I cóżem znajduję? Larwy...
Przysiadłem na kamienia obliczu,
marząc by przybył ktoś,
kto czadem betonowej powłoki,
nie zachłysnął się jeszcze
Ja płaczę przyjaciele,
obustronnie płaczę – ze i we – bo nie ma tu,
bo nie ma tam, bo nie ma w tym pustym świecie
człowieka...
Budziwszy się ze snu marnego,
do okiennic biegnę,
z radością na twarzy,
biegnę co sił w stopach... i rzucam się w boleści płaczu
bo za oknem...tło betonowej rozpaczy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz