poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Nie ma już Samarytan

Byłem człowiekiem sukcesu
Miałem już wszystko
Pieniądze, kobiety, wręcz cały świat
Myślałem że jestem u szczytu...

Lecz dnia pewnego
Porwali mnie ludzie źli
Rzucili na drogę
Pełnej rozlanej mej krwi

I leżałem tak
Bez tchu
Łkając
Że życie mnie zrzuciło z tronu szczęścia...

Lecz gdy bez sił leżałem
Samochód dojrzałem
Jechał szybko
Ale chyba mnie zauważył

Zwolniwszy
Przez okno wyjrzał
"Pomocy!" wołałem
Lecz on uśmiechnął się tylko

Azazel w uśmiechu
brudne zęby wyszczerzył
Kopnąwszy mnie w goleń
Z rechotem odjechał

Umierałem
Samotnie na drodze
Płakałem
Wewnętrznie...


I dojrzałem pojazd znów
Pomyślałem "To już"
Na ile sił mi starczyło
Krzyknąłem "Ratujcie!"

Zatrzymawszy się
z limuzyny
wyjrzał
Belial

Szoferowi nakazał
z drogi mnie usunąć
Ten nie czekał
po chwili na kamieniach leżałem...

Najgorsze były godziny me
Czekałem aż Śmierć
Kościstą ręką
Wyrwie serce me

I trzeci już raz
usłyszałem opon hałas
Nie chciałem
By Abaddon mnie dopadł

Ostry pisk
Hamulca dźwięk
Drzwi trzask
Stóp pęd

I twarz zobaczyłem
Prostego chłopa
Na syna zawołał
By apteczkę doniósł

Uratowany byłem
Szczęście mnie już spotkało
Samarytanin
Uratował mnie od końca...
Pędziliśmy
Co sił do szpitala
Żelazny pojazd
Gnał jak na alarm

I gdy myślałem
Że męki koniec już bliski
Abaddon
pijanym samochodem zajechał mi drogę

I tak życie me
Na końcu nieszczęśliwe
Skończyło się
Najgorzej z opcji możliwych

Może i Samarytanin się znalazł
Ale los nie czekał
ani chwili
usunął go zaraz....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz